Wczoraj mnie naszło... znów dorwałam się w kuchni do słodkiego... nie było mnie z półtora godziny. Półtora godziny sama z tym wszystkim... kręciłam, gotowałam, studziłam, mieszałam, gniotłam, kroiłam itd. Wyszło to co wyszło... czyli to co prezentuje się na zdjęciach. Mega duże, mega pyszne.! I wcale nie mega słodkie. Bo to cytrynowiec tylko że w tortownicy :) dlatego taki duży. A drugie cacko to zwykły placek jogurtowy ze śliwkami. Też pychota, najlepszy był jeszcze wieczorem na ciepło.
A tak po za tym to chciałam Was zabrać troszkę do naszego miasteczka... Pokazać kilka miejsc, które bardzo często z Bomblem odwiedzamy. I po kolei: jest fontanna w parku, koło jednej z firm w naszym mieście, jest park z placem zabaw i drugą fontanną niestety nieodremontowaną i niszczeje sobie a mogłaby być naprawdę piękna... Na głównym zdjęciu jest chyba największe, najstarsze i najgrubsze drzewo w naszym mieście. Później rynek, ratusz i plac zabaw koło naszego domu, z którego Bombel mógłby najzwyczajniej w świecie nie wychodzić. Uwielbia się huśtać, zjeżdżać na ślizgawce, siedzieć na koniku i wszędzie ciągnie mamę za rękaw i ma przy tym multum frajdy (a przy okazji mama też widząc Jego radość:) ).***
I chciałam jeszcze słówko co do ostatniego postu. To nie jest tak, że ja Go nie kocham albo, że wyszłam za Niego tylko dlatego, że pojawił się dzidziuś. Kocham Go. Chcę z Nim być do końca życia. Jednak to nie zmienia faktu, że jest kilka rzeczy, które mnie totalnie wkurzają w Nim. Są to rzeczy, które wyniósł ze swojego rodzinnego domu. Niestety taka jest smutna prawda. On sam sobie nie chce się czasem przyznać do tego, że jest mu przykro z powodu tego jakie miał dzieciństwo... Ciężko rozmawiać z Nim o tym co czuje, a ja wiem, że to jest spowodowane tym co przeszedł gdy był mały. Pomału się zmienia. W końcu może uda nam się wyjść razem na prostą bo i tak już razem dużo osiągnęliśmy. Jednak to wciąż nie jest to o czym marzę i stąd ta notka.


