Ostatni dzień stycznia... Wciąz twierdzę, że czas ucieka mi zbyt szybko. Dopiero co był sylwester, ba - święta. A tu już koniec stycznia. W sobotę Wu. ma urodziny. 24. Może w końcu spoważnieje i dojrzeje do niektórych rzeczy? Później znowu moje urodziny. Leci jak szalone.
A jutro od rana z Bombelkiem sama. W końcu. Wu. do pracy i tata też. Chwila spokoju będzie ;) I na spacer pójdziemy na nóżkach, o ile nie będzie wiało tak jak dzisiaj. Bo dziś to mały się tak chował przed wiatrem że aż szok! Buźkę w rączki chował a jak go wzięłam na ręce to chował mi się w szyję :)
U nas od dwóch nocy leje... w dzień nie, ale za to, te nocne ulewy zmyły już wszystek śnieg. W dzień +10. Tylko wieje, strasznie okropnie wieje. A ja już widziałam nawet pierwsze przebijające się kwiatki z ziemi. Chyba przebiśniegi :) Pora naładować baterię w aparacie chyba ;)
Najwyższa pora wziąć się też za siebie... bo brzuszek okropny się zrobił, z lenistwa i z podjadania, nie ukrywam :) No ale tak to jest jak się lubi zjeść a ruszać się nie chce i się człowiek rozleniwił. Poćwiczyć by się przydało.... Chyba muszę się za siebie wziąć bo masakra.! Dajcie mi kopa bo się rozpędzić nie mogę :D